0

Coś bardzo osobistego… na Dzień Dziecka Utraconego

1 lutego, dzień moich urodzin. Wtedy to dostałem zupełnie niespodziewany prezent – informację od Moniki o pozytywnym teście ciążowym. Mieliśmy już razem dwie córki, z czego o drugą staraliśmy się 3 lata. Tutaj natomiast minęły ledwo trzy miesiące od ostatniej próby in vitro, która nie przyniosła skutku. Pogodziliśmy się z tym, przybiliśmy piątkę, że idziemy dalej i cieszymy się tym co mamy. A tu nagle taki niespodziewany strzał. Oczywiście radości nie było końca, tym bardziej, że nikt tego nie przewidywał.

Dwa tygodnie później radość się powiększyła. Na wizycie lekarskiej okazuje się, że to ciąża bliźniacza. Na początku ogromny szok i radość, potem chwila refleksji. To będzie już trzecia cesarka, do tego bliźniacza ciąża… zaczynają się zapalać czerwone światełka, że tym razem nie będzie lekko.

Później już standard. Regularne wizyty, konieczność dbania o siebie bardziej niż przy poprzednich ciążach. Ale też z drugiej strony ogromne zamieszanie. Zdaliśmy sobie sprawę, że w naszym mieszkaniu, w 6 osób będzie ciężko się pomieścić. Nie zmieścimy się też razem do żadnego samochodu. Szybka akcja – budujemy dom. Wielkie zaskoczenie – nikt nam w 6 miesięcy nie zbuduje domu. No kto by pomyślał. W grę już wchodziły domy prefabrykowane i nic. W takim razie szukamy czegoś nowego. Udało nam się znaleźć bliźniaka pod Poznaniem. Dojazd dobry, decyzja szybka.

I się zaczęło. Praca, plus dzieciaki plus ciąża, plus wykańczanie domu, tak żeby zdążyć z tym wszystkim przed przyjściem na świat nowych dzieci. Pod domem stoi też już 6-osobowe auto. Wydaje się, że opanujemy wszystko. Śmiejemy się jak to przy nowym stole, wszystkie miejsca będą przez nas zajęte. Z tyłu głowy myśl, jak my to ogarniemy, przecież najbliższa babcia mieszka 150 km od nas. Są przyjaciele. Damy radę. Zresztą Ci co nas znają wiedzą, że my zawsze musimy mieć dużo na głowie żeby normalnie funkcjonować.

Na początku lekarka powiedziała, że to prawdopodobnie dwaj chłopcy. No kurde w końcu! Dwa tygodnie później zmiana – jednak dwie dziewczynki. No jakżeby inaczej. Czyli razem cztery córki plus żona. Damy radę.

Piękny, ciepły czerwcowy dzień. Jedziemy razem na kolejną wizytę. Monika w gabinecie, ja z Helą i Mery na korytarzy się bawimy. Zawsze wymagało to inwencji, bo w końcu wizyty trwały nawet i 40 minut. Tym razem wyszła jednak pielęgniarka i poprosiła żebym wszedł do środka. No to biorę ekipę i idziemy. Ona jednak sugeruje żebym poszedł sam. Yyyy…jak to sam? Po co? Przecież dzieciaki są. Hela ogarnięta jak zawsze, powiedziała, że się zaopiekuje Marysią i razem posiedzą. Ehh..no dobra wchodzę.

Moniki nie ma. Była w gabinetowej łazience. Pewnie się przebiera, pomyślałem. Siadam przy stoliku i odruchowo zaglądam do ekranu komputera. W końcu Ela i Gabrysia miały już ponad 6 miesięcy. Widać było ich główki, rączki, nóżki, widać było jak się układają razem w brzuszku. Ale lekarka coś niewyraźna. Opowiada mi standardowo co stwierdziła w badaniu i na końcu mówi, że nie słychać bicia drugiego serduszka. W następnych milisekundach milion myśli w głowie. Jak to nie słychać? Że co, KTG się popsuło? Źle się ułożyła, że nie da rady jej odsłuchać? Może trzeba jechać do szpitala żeby tam odsłuchać? Co jest grane? Wtedy wychodzi z łazienki zapłakana Monika i już zrozumiałem co się stało. Nie, to niemożliwe. Jak to, przecież wszystkie badania prenatalne przeszły wzorowo (robione raptem 7 dni wcześniej) , wszystko było OK, przecież jeździliśmy razem na kontrolę i nic się nie działo. Co jest grane??? Mamy jechać do szpitala, bo najprawdopodobniej w 28 tygodniu ciąży trzeba będzie doprowadzić do porodu natychmiast!

Wyszliśmy, szybka akcja, organizowanie opieki nad dziećmi trzeba jechać do szpitala. Łzy zasłaniają drogę, musimy się jakoś trzymać. Pobyt w szpitalu, godzina 23, potwierdzenie, że Gabrysi z nami już nie ma. To znaczy nie ma duchem. Ciałem jest nadal…w brzuszku. Decyzja co dalej. Wtedy nie zdawaliśmy sobie jak ogromnym zagrożeniem dla Moniki to było. Zdecydowano, że ciąża będzie noszona tak długo jak się da, żeby Ela mogła się jak najlepiej przygotować do wyjścia. Trwało to więc jeszcze 1,5 miesiąca…Ostatnio pojawił się przypadek, gdy martwy płód spowodował sepsę i śmierć ciężarnej już kilka godzin po jego śmierci…

Monika dzielnie się trzyma. Zbliża się dzień porodu. Staję na głowie jak tu wszystko zorganizować. Monika w szpitalu, znajomi i rodzina pomagają z dziećmi. Ja tymczasem muszę przygotować wszystko na poród i…pogrzeb. Załatwiam formalności w Urzędzie Komunalnym. Idę z papierami do Zakładu Pogrzebowego. Z trudem ustalam wszystkie szczegóły. Schodzimy do piwnicy. Którą trumienkę i urnę Pan wybiera? To się nie dzieje myślę, słysząc to pytanie. Ta biała, z aniołkiem będzie w sam raz. I do tego kocyk. Wiadomo nie żyje, ale przecież ojcowski instynkt podpowiada, że nagiemu dziecku będzie chłodno w tej trumience…gdzie tu moja racjonalność.

Dzień porodu, widzę Monikę na wózku jak wjeżdża na salę operacyjną. Widzę jej pusty wzrok. Boi się co się stanie. To już trzecia cesarka i to z takimi komplikacjami. Czy ją jeszcze zobaczę? Minuty dłużą się jak godziny na szpitalnym korytarzu. Wychodzi w końcu pielęgniarka z wózeczkiem i zaprasza mnie do pokoju pielęgniarskiego. Pytam po drodze co z żoną czy wszystko jest w porządku? Wszystko było OK. Chwała wszystkim na Polnej w Poznaniu. Pierwsze zastrzyki, dostaję Elę do kangurowania. Wspaniała cudowna…czemu jedna… Pielęgniarka wychodząc rzuciła jeszcze, że drugą córeczkę też udało się wydobyć bez komplikacji. Pyta czy chcę wiedzieć co się stało. Mówię, że tak. W końcu skoro było dobrze to czemu stało się źle. Słyszę, że musieli pępowinę kilkukrotnie odwijać z szyjki…szok…Tak mało brakowało… 1,5 miesiąca…

Monika musie zostać w szpitalu jeszcze przez dwa tygodnie, bo Ela ma żółtaczkę. Szpital naciska też, że mamy odebrać już Gabrysię, bo standardowo mogą trzymać zwłoki tylko tydzień. Procedury. Kilka dni później ostatnie pożegnanie. Jadę sam, bo Monika jeszcze w szpitalu. Czekam w krematorium na poznańskim Miłostowie. Pomieszczenia po dawnym forcie potęgują nastrój. W końcu zostaję poproszony do pomieszczenia, gdzie przyniesiono małą trumienkę, którą wcześniej wybrałem. Sugerują, żeby jej jednak nie otwierać. Akceptuję to. Wychodzą na chwilę i zostawiają mnie z nią sam na sam. Wtedy wszystko puszcza. Wszystko co mnie trzymało w ryzach, żeby być dzielnym, twardym, bo rodzina, bo wszystko na głowie. Łkałem jak małe dziecko, które uderzy w mały palec u stopy. Potem za szybą tylko widok jak trumienka wjeżdża do pieca.

Mała Ela już w domu. Daje nam popalić. Jakby czuła, że kogoś jej brakuje… Parę dni później pogrzeb. Jesteśmy już razem. Do tego są przyjaciele, którzy nas wspierają. Pogrzeb krótki. Cywilny, bo ksiądz się nie zgodził na uroczystość, bo nie była ochrzczona. Wtedy to jeszcze miało dla nas znaczenie.

Żyjemy wszyscy razem dalej. Odwiedzamy córkę i siostrę na cmentarzu, mam nadzieję, że dla Eli będzie to ważne, żeby móc odwiedzać swoją bliźniaczkę. My zawsze będziemy uważali, że mamy 4 córki, tylko, że z jedną spotkamy się dopiero za jakiś czas.

Światowy Dzień Dziecka Utraconego

Czemu w ogóle o tym piszę? Po co poruszać takie tematy? Właśnie po to, że to żeby połączyć się z tymi, którzy przeżyli to samo lub coś podobnego. Po to, że napisanie o tym mi pomogło wewnętrznie się z tym pogodzić. Choć to chyba nigdy nie będzie możliwe, a minęły już 3 lata… Dzisiaj jest Dzień Dziecka Utraconego.

Celem tego dnia jest zwiększenie świadomości i wrażliwości na temat poronienia. Sam wiem jak potrzebowałem tego, żeby ktoś mnie zrozumiał, żeby zrozumiał przez co my jako rodzina przeszliśmy. Żeby przynajmniej mnie wysłuchał.

Przez to przechodzi niestety wiele rodzin w Polsce i na świecie. Widzimy na co dzień ludzi, uśmiechniętych, rozmawiamy z nimi, żartujemy, chodzimy razem do kina czy na mecze. Ale często nie zdajemy sobie sprawy, jaki bagaż Ci ludzie noszą. Tak jak w tym filmie dla dzieci (który uwielbiam) „W głowie się nie mieści” – gdzie każde wspomnienie czy dobre czy złe zostaje gdzieś w naszej psychice i determinuje to kim jesteśmy. Wszyscy, którzy mamy dzieci, cieszymy się z ich obecności i jest dla nas oczywiste, że są obok. Ale obok nas są też ludzie, którzy własne dzieci straciły, nawet zanim się urodziły. Miejmy świadomość tego z jaką traumą musieli się zmierzyć. Starajmy się być przy nich, szczególnie w takim dniu i zawsze, gdy tego potrzebują.

My łączymy się dzisiaj z tymi wszystkimi, którzy cierpią z powodu utraty swojego kochanego dziecka. Otwieramy się na Was i jeśli kiedykolwiek chcielibyście o tym porozmawiać, po prostu do nas napiszcie. Będziemy z Wami zawsze.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz inne artykuły:

Czym jest PINTO?

Pinto - czym jest PINTO? Dobre pytanie ? Od samego początku kiedy myśleliśmy nad powstaniem…

Przeczytaj

Międzynarodowy Dzień Dziewczynek

11 października każdego roku obchodzimy święto, które dla nas ma szczególne znaczenie. Jest to święto…

Przeczytaj
wyprawa w góry z dziećmi

Dziecko w górach – jak się przygotować do pierwszej wycieczki górskiej?

Pierwsza wycieczka w góry to wspaniałe przeżycie zarówno dla rodziców, jak i dziecka. Z pewnością…

Przeczytaj
PINTO Wear fanpage
Grupa Girls of Pinto
PINTO Wear
Kanał Girls Of Pinto
PINTO Wear TikTok